Ostatecznie dla należycie zorganizowanego umysłu śmierć to tylko początek nowej wielkiej przygody.

 

Nazwa statku jest potrzebna do uzyskania licencji eksportowej jakieś piętnaście dni później. - Będzie ją pan miał - oznajmił Shannon i odwiesił słuchawkę. Zwrócił się do Semmlera i wyjaśnił, o co chodzi. - Przykro mi Kurt, ale okazuje się, że to musi być frachtowiec zarejestrowany w towarzystwie żeglugowym, a nie prywatny jacht. Musisz szukać dalej. Ale pośpiesz się, bo muszę mieć nazwę statku w ciągu dwunastu dni, nie później. Człowiek w Hamburgu chce ją znać jak najszybciej. Rozstali się wieczorem na lotnisku. Shannon odleciał do Londynu, a Semmler do Madrytu, a stamtąd do Rzymu i Genewy. Było już późno, kiedy Shannon dotarł do domu. Zadzwonił jeszcze do BEA i zarezerwował bilet do Brukseli. Następnie porozmawiał z Vlaminckiem i poprosił, żeby Marc czekał na niego na lotnisku. Potem mieli pojechać do Brugii do banku i na spotkanie z Boucherem, odebrać od niego towar. Tak skończył się dzień dwudziesty drugi. Harold Roberts był człowiekiem użytecznym. Urodził się przed sześćdziesięcioma dwoma laty z ojca Brytyjczyka i matki Szwajcarki, po przedwczesnej śmierci ojca dorastał w Szwajcarii, ale zachował podwójne obywatelstwo. Stosunkowo wcześnie zainteresował się bankowością i spędził dwadzieścia dwa lata w Zurychu w centrali jednego z większych szwajcarskich banków, zanim wysłano go do Anglii jako zastępcę dyrektora filii w Londynie. To działo się zaraz po wojnie. Przez następne dwadzieścia lat dorobił się najpierw stanowiska dyrektora departamentu rachunków inwestycyjnych, później został dyrektorem całego londyńskiego oddziału. W końcu zdecydował się przejść na emeryturę. Pensję w Wielkiej Brytanii wypłacano mu w szwajcarskich frankach. Nadal na zlecenie swoich byłych pracodawców, ale i innych szwajcarskich banków rozwiązywał różne delikatne problemy. Takie właśnie zlecenie otrzymał w środę po południu. Oficjalny list z banku Zwingli do prezesa i sekretarza spółki Bormac przedstawiał pana Robertsa jako przedstawiciela banku w Londynie. Pan Roberts i sekretarz spółki spotkali się dwa razy, przy czym na drugim spotkaniu obecny był również major Luton, młodszy brat zmarłego zastępcy Iana Macallistera. Ustalono, że ma się odbyć nadzwyczajne zebranie zarządu i zwołano je w biurze sekretarza spółki Bormac. Poza adwokatem i majorem Lutonem do Londynu zgodził się przyjechać jeszcze jeden z dyrektorów. Chociaż obecność dwóch dyrektorów wystarczała do podejmowania uchwał, trzech stanowiło bezwzględną większość. Do rozważenia przedstawiono wniosek sekretarza spółki wraz z dokumentami. Czterej udziałowcy, których reprezentował bank Zwingli, posiadali trzydzieści procent akcji spółki. Udziałowcy ci upoważnili bank Zwingli, aby występował w ich imieniu, a bank z kolei reprezentował pan Roberts. Argumentem, który zakończył dyskusję było stwierdzenie, że jeśli konsorcjum złożone z biznesmenów zakupiło tak duży portfel akcji, to z pewnością zamierzają zainwestować w spółkę pewien kapitał i zrestrukturyzować ją. Takie działania nie pozostaną bez wpływu na cenę akcji, a wszyscy dyrektorzy byli ich posiadaczami. Uchwała została zgłoszona, przegłosowana i zatwierdzona. Pan Roberts wszedł do zarządu jako dyrektor reprezentujący bank Zwingli. Nikt nie chciał zgłosić zmian punktu statutu który mówił, że dwóch dyrektorów stanowi kworum wystarczające do podejmowania uchwał, chociaż obecnie zarząd składał się już z pięciu dyrektorów. Pan Keith Brown stał się w Brugii regularnym gościem i znaczącym klientem Kredietbanku. Został przyjęty ze zwykłą uprzejmością przez pana Goossensa, który potwierdził, że przekaz na dwadzieścia tysięcy funtów przybył rano ze Szwajcarii. Shannon podjął dziesięć tysięcy gotówką i wystawił czek na dwadzieścia sześć tysięcy dla Johanna Schlinkera z Hamburga. Czek do Schlinkera wysłał z najbliższej poczty listem poleconym i dołączył polecenie dla handlarza bronią, aby zrealizował zamówienie z Hiszpanii. Shannon i Vlaminck mieli trochę wolnego czasu przed spotkaniem z Boucherem. Dwie godziny przesiedzieli w kawiarni w Brugii pijąc herbatę i zanim zapadł zmrok, wyruszyli w drogę. Czterdzieści cztery kilometry na wschód, pomiędzy Brugią a Gandawą ciągnie się mało uczęszczana trasa. Ponieważ wije się i kluczy pomiędzy osadami farmerów, większość zmotoryzowanych wybiera nowoczesną autostradę E5, która łączy te dwa miasta po drodze z Ostendy do Brukseli. W połowie starej drogi dwaj najemnicy znaleźli opuszczoną farmę opisywaną przez Bouchera, a raczej natknęli się na tablicę oznaczającą dojazd do farmy, zasłonięty przez kępę drzew. Shannon przejechał kilkanaście metrów, a Vlaminck wysiadł i rozejrzał się po okolicy. Wrócił dwadzieścia minut później. Potwierdził, że miejsce jest rzeczywiście opuszczone, nie ma śladów niczyjej obecności ani innej niemiłej niespodzianki, która mogłaby spotkać najemników. - Nie ma nikogo w środku ani na zewnątrz? - upewnił się Shannon. - Dom jest zamknięty od frontu i z tyłu. Sprawdziłem oborę i stajnie. Tam też nikogo nie ma. Shannon spojrzał na zegarek. Było już ciemno, a do spotkania została jeszcze godzina. - Wróć tam i obserwuj wszystko z ukrycia - rozkazał Shannon