Ostatecznie dla należycie zorganizowanego umysłu śmierć to tylko początek nowej wielkiej przygody.

 

- Dobrodzieju! - zawołał - kanclerzem wam być z waszą głową. Rozumiem, rozumiem! NIceście nie rzekli, z prawdą się nie zminęli, a zaniepokoiliście Krzepeckich, którzy przypuszczają, że może testament jest, ba, że może nawet w waszych rękach; muszą się z tym liczyć i w postęPkach względem sieroty się miarkować. A prałat, rad z pochwały, postukał się knykciem w głowę i rzekł: - NIe całkiem jest dziurawy orzech, co? - Ba, tyle w niej rozumu, że mu się trudno pomieścić. - Ha! pęKnie, kiedy Bóg zechce, ale tymczasem mniemam, żem istotnie sierotę zabezpieczył. Z drugiej strony muszę wszelako przyznać, że Krzepeccy nad moje spodziewanie ludzko i przychylnie mówili o Sienińskiej. Pannice tam ponoć zagrabiły jakieś fatałaszki, ale i to stary mówił, że każe oddać. - Choćby Krzepeccy byli najgorsi - ozwał się pan Cyprianowicz - nie ośMielą się uczynić krzywdy sierocie, nad którą czuwają oczy tak mądrego i dobrego kapłana. Ale, dobrodzieju, o co innego chciałem waszą przewielebność prosić: uczyńcie mi tę łaskę i zajedźcie teraz do Jedlinki; niechże mam ten honor, abym mógł ugościć pod moim dachem tak znakomitą personę, z którą rozmowa jest właśNie jako miód polityki i mądrości. Ksiądz Woynowski już mi się obiecał, więc we trzech pogadamy de publicis et privatis. - Wiem, jaka jest waszmości gościna - odrzekł uprzejmie prałat - i wyrzec się jej byłoby to prawdziwe umartwienie, a że czas postu, któren jest czasem umartwienia, minął, chętnie przeto do waszmości na dzionek zajadę. Pójdźmy tedy pożegnać się z Krzepeckimi, ale najprzód z sierotą, żeby Krzepeccy widzieli, w jakiej ją mamy estymie. I poszli, a zastawszy ją samą, poczęli jej mówić słowa dobre, serdeczne, dodające otuchy i odwagi. Pan Cyprianowicz pogładzał ją po jasnej głowinie, tak właśNie, jak czyni matka, która chce uspokoić rozżalone dziecko; prałat Tworkowski uczynił to samo, a poczciwego księdza Woynowskiego tak wzruszyła jej zmizerowana twarz i jej smutna uroda przywodząca na myśl jakby kwiat polny za wcześNie kosą podcięty, że również ścisnął po ojcowsku jej skronie i mając zawsze myśl zajętą Taczewskim, rzekł na wpół do niej, na wpół do siebie: - Dziwić_że się tu Jackowi, kiedy to taki obrazek... Zełgali też Bukojemscy, że on wesół odjechał, oj! Jak zełgali! A ona usłyszawszy to, przytuliła nagle usta do jego dłoni i długo nie mogła ich oderwać. Łkanie serdeczne poczęŁo wstrząsać jej drobną pierś - i zostawili ją tak w płaczu ogromnym, nieutulonym. A w godzinę późNiej znaleźLi się w Jedlince, gdzie czekały ich dobre nowiny. Przyjechał czeladnik wysłany z listem od Stanisława. Młody Cyprianowicz donosił, że obaj z Jackiem zaciągnęli się do chorągwi usarskiej królewicza Aleksandra, że są zdrowi, i że Jacek lubo smutny zawsze, nabrał trochę ducha i nie zapamiętywa się już tak jak w pierwszych dniach